Po raz kolejny westchnąłem wpatrując
się w szybę samochodu, który wiózł mnie do nowego „domu”.
Naprawdę nie miałem ochoty tak jechać. Martwiłem się o ojca,
który teraz zostanie całkowicie sam. Nie liczyłem tych, co będą
witać codziennie do szkoły. Byliśmy sobie wszyscy bliskie, jednak
rodzina to rodzina. Po śmierci mamy tylko ja mu pozostałem.
Naprawdę z każdą chwilą czułem się, jakbym miał wydać na
niego wyrok samotności do końca życia. Mimo takich wątpliwości
nie powiedziałem po drodze nawet słowa. Jestem pewien, że jemu
również jest ciężko. Gdybym chociaż miał jakieś rodzeństwo
pewnie nie martwiłbym się w ten sposób. Zawsze byłaby to osobą,
która mogłaby zaopiekować się ojcem i chociaż zerkać, czy
dobrze się czuje. Lata mijały, a on również zyskiwał kolejne
siwe pasma. Jeżeli coś się stanie, a mnie przy nim nie będzie,
chyba oszaleje.
-Jesteśmy na miejscu –usłyszałem
jego głos.
Tak bardzo myślałem o swoich
zmartwieniach, że kompletnie nie skupiłem się na drodze. Może
lepiej do tego też się nie przyznam. Zdecydowanie wole byśmy
rozstali w takich stosunkach, jakie teraz panowały. Wysiadając z
samochodu czułem wyraźny smutek, ale wiedziałem, że ojcu też nie
jest łatwo. Podał mi pokrowiec, w którym znajdował się mój łuk.
Odebrałem go i zarzuciłem pasek przez ramię, jednocześnie w
dalszym ciągu trzymając go w dłoni. Mój staruszek nic nie
powiedział. Jedyne, co zrobił to położył dłoń na mojej głowie.
Nigdy nie był zbyt wylewny, ale wiedziałem, co to oznacza. Samymi
gestami mówiłby, że wszystko będzie dobrze, a gdyby działo się
coś naprawdę strasznego mam się z nim skontaktować. Spojrzałem
na niego z uśmiechem, po czym odwróciłem się i ruszyłem w stronę
murów akademii. Słyszałem jeszcze za plecami, jak ojciec wraca do
samochodu i odjeżdża, jednak się nie odwróciłem. Wiedziałem, że
to najgorszy błąd, jaki mogłem teraz popełnić.
Z niemałym zaciekawienie przyglądałem
się kolejno mijanym miejscom. Akademia zdecydowanie jest o wiele
większa niż dojo, więc nie powinno mnie to wszystko tak dziwić.
Martwiłem się tylko nieco, jak tu będzie. Na pewno zadbano o
miejsca do ćwiczeń. Jednak słyszałem, że tu nie ma konkretnie
wyznaczonego standardu nauki. Były trzy klasy, przy czym każda
nauczała zupełnie inne typu ludzi. Dołóżmy do tego jeszcze, iż
moja klasa również ma u siebie zupełnie odmienne indywidua. Do tej
pory uczyłem się wyłącznie z takimi, jak ja. Każdy z nas podążał
drogą łuku. Tym razem będzie inaczej. Chyba byłem tak samo
zaciekawiony tymi ludźmi, co nieco przerażony. Może to po prostu
nerwy. Jestem w nowym miejscu, więc to nic dziwnego, że sytuacja
zdaje się mnie troszeczkę przerastać. Ale chciałem być dobrej
myśli. Obiecałem ojcu, że może na mnie liczyć i z pewnością go
nie zawiodę.
Dość szybko zorientowałem się w
recepcji, gdzie dokładnie znajduje się mój pokój i parę jeszcze
ciekawych rzeczy. Odnalezienie tego pierwszego również nie
stanowiło problemu. Chociaż minęło mnie coś o fioletowych
włosach, zdaje się, że jakaś dziewczyna wyraźnie nie mogła
powstrzymać entuzjazmu z bycia w tym miejscu i tylko mignęła mi
przed oczami. Zdawało się mi, czy ona miała królicze uszy…?
Pokręciłem głową z niedowierzaniem. To niemożliwe. Pewnie już z
tych nerwów zaczynam mieć dziwne przywidzenia. Zdecydowanie
potrzebowałem chwili spokoju i rozluźnienia. Dlatego też, kiedy
tylko znalazłem się w pokoju zostawiłem zbędne rzeczy i wyszedłem
z niego, kierując się do sali ćwiczebnej. Wcześniej pytałem o to
w recepcji, więc wiedziałem mniej więcej, gdzie to miejsce się
znajduję.
W normalnych okolicznościach
powinienem przebrać się w specjalny strój, jednak dzisiaj sobie
odpuszczę. Chciałem się tylko nieco rozluźnić. Poza tym nie wiem
kiedy rozpoczynać się będzie rok szkolny, więc wolałem zbytnio
nie szaleć. Będąc w odpowiednim miejscu jedynie rozejrzałem się
dookoła, a widząc część stworzoną idealnie dla łuczników, aż
musiałem się uśmiechnąć pogodnie. Położyłem futerał na
ławce, a z niego wyciągnąłem moją drogą pamiątkę po dziadku.
Tak bardzo chciałbym mu kiedyś dorównać. Nie myśląc już o tym,
podszedłem do odpowiedniego miejsca, po czym przyjąłem odpowiednią
pozycję. Wyciągnąłem rękę z łukiem, po czym wykonując płynny
gest naciągnąłem cięciwę. Jednocześnie energia płynąca z tej
niesamowitej broni utworzyła strzałę, która teraz była
wycelowana prosto w tarczę. Wolałem nie przesadzać pierwszego dnia
w tym miejscu i był to dosyć pospolity rodzaj, chociaż każdego
mogłoby zastanowić, dlaczego jest taka jasna. Nie chcąc już się
zadręczać błahostkami przymknąłem powieki, by następnie
otworzyć je i wystrzelić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz